Pamiętam wzrok lekarki i jej pytania czy to ciąża naturalna i ile mam lat... czułam ten niepokój, aż powiedziała że jedno dziecko wygląda prawidłowo, ale drugie to jej się nie podoba... Na szybko wymieniała informację z ciocią - położną, słyszałam tylko "amniopunkcja", "za dwa tygodnie", "może umrzeć w każdej chwili" i "jeśli zdecyduje się urodzić"...
Na usg okazało się że przyczyna plamień jest nieznana ale dzieci mają się dobrze. Co czułam? Trochę żal, że jednak Bóg mnie nie wysłuchał, że nie naprawił dla mnie tego błędu ale i ulgę, że one ciągle są pod moim sercem...
Przestałam wierzyć że sytuacja się sama rozwiąże, po ostatnich wiadomościach po usg przestałam też wierzyć, że dziecko będzie zdrowe. Przestałam wierzyć, że niepełnosprawność umysłowa naszego dziecka będzie lekka - nam dobre rzeczy się nie zdarzają, dziecko pewnie miałoby głębokie upośledzenie.
Ciężko jest się zmierzyć z innością, ciężko zaakceptować inność przed nami stało takie właśnie zadanie! Zadanie wychowania dwóch chłopców, w tym jednego nieuleczalnie chorego, którzy nie będą rozwijać się jednakowo, jeden będzie wymagał ciągłej opieki lekarskiej - drugi pewnie nie, jeden zacznie raczkować jak inne dzieci, drugi pewnie z kilkumiesięcznym opóźnieniem, jeden zacznie mówić "mama i tata", drugi nie wiadomo czy w ogóle będzie mówił, jeden pójdzie do normalnego przedszkola i szkoły, drugi do integracyjnego, jeden w odpowiednim czasie zacznie żyć na własną rękę, drugi już zawsze będzie uzależniony od nas...
Myślę o tym czasie, kiedy powiedziano nam że mamy opcje, możemy poddać się terminacji, możemy oddać dziecko do adopcji lub możemy zaakceptować tą inność, którą zesłał nam los.
Nikt, kto nie stał przed taką decyzją nie powinien się wypowiadać! pamiętam jak poinformowaliśmy najbliższych o naszych możliwościach - tak łatwo przychodziło im wydawać osądy, podejmować decyzję a to nie tak... to były nasze dzieci, daliśmy im życie, kochaliśmy od samego początku - a z drugiej strony skazywaliśmy siebie i naszego zdrowego syna na niepewność, inność, cierpienie i walkę o każdy dzień...
Dziś mając świadomość jak to wszystko się skończyło żałuję, że nie dotykałam brzucha kiedy mogłam, że nie przykładałam dłoni, nie czytałam im bajek,nie cieszyłam się z kopniaków, nie zrobiłam sobie nawet zdjęcia, nie poinformowałam całego świata...
Czasem mam wrażenie, że znów czuję kopnięcia Tymka po lewej stronie brzucha, wtedy przykładam czym szybciej rękę z nadzieją że je poczuję, ale znów nic takiego się nie dzieje. Dostaję obuchem w twarz. Ich już nie ma, są pod ziemią na zimnym i ciemnym cmentarzu i w naszych sercach już na zawsze...
A mi pozostał brak wiary we wszystko i to poczucie pustki, które za nic nie chce mnie opuścić...